Najnowsze Wpisy

typikko Komentarze (0)
18. kwietnia 2009 11:10:00
linkologia.pl spis.pl

ZMIANA KOLORU OCZU TO NIE MAGIA. POWIEDZMY, ŻE TO TYLKO SKUTKI UBOCZNE U WENDY, KTÓRE ŚWIADCZĄ O TYM, ŻE JEST INNA. PODPOWIEM, ŻE NIE CHODZI MI W OPOWIADANIU KOMKRETNIE O MAGIĘ A O ZDOLNOŚCI, KTÓRE POSIADAJĄ TYLKO WYBRANE OSOBY. NIE BĘDZIE TU ZAKLĘC I POJEDYNKÓW. JEŚLI JUŻ TO COŚ W INNEJ FORMIE. A TERAZ MIŁEGO CZYTANIA.

PS. ZAUWAŻYŁAM, ŻE IM DŁUŻSZE SĄ NOTKI TYM KOMENTARZY MNIEJ. WIEM, ŻE NIE SĄ ONE ZA CIEKAWE I WOGÓLE, ALE MOTYWACJA BY SIĘ PRZYDAŁA.

Wendy siedziała z miną skazańca w gabinecie i słuchała reprymendy babki. Zaledwie kilka chwil temu odrobiła swoją karę, a już zarobiła następną. W prawdzie oficjalnie jeszcze nie ogłoszono wyroku, jednak dziewczyna czuła, że zaraz coś się stanie. Podobnie jak Kamil siedzący obok niej nie słuchała kobiety przed nimi stojącej. Była zła, głodna i brudna. Marzyła już tylko o ciepłej kąpieli i kolacji. Jednak jej marzenia legły w gruzach, gdy pojęła sens ostatniego wypowiedzianego przez babkę zdania.

- Karą za wasze dzisiejsze, niegodne zachowanie będzie spędzenie dzisiejszej nocy w jednym pomieszczeniu – te słowa były wstrząsem dla obojga. Żadne z nich nie spodziewało się takiego posunięcia z jej strony.

- Co?? – przynajmniej w jednej kwestii się zgadzali.

- Może to was czegoś nauczy!

- Ale my nie możemy! Jutro rano jedziemy do...

- Nigdy w życiu! Nie spędzę ani chwili w towarzystwie tego czegoś... – protestowali.

- Nie obchodzi mnie co macie do powiedzenie, ani gdzie jutro się wybieracie. To moje zamczysko i ja tu rozkazuje. Nie macie nic do gadania. Macie mnie słuchać. A teraz za mną. Wasza kara zaczyna się od teraz do jutrzejszego ranka – powiedziała.

Lekko wstała z krzesła i wyszła z pomieszczenia. Wendy z Kamilem spojrzeli na siebie z nieukrywaną nienawiścią po czym ruszyli za nią. Szli dobre półgodziny. Blondynka starała się jak mogła zapamiętać drogę, jednak szybko się pogubiła. Kondygnacji schodów i korytarzy było zbyt wiele. Zrezygnowana przyglądała się uważnie obrazom i zbrojom, które wyglądały niemal jak żywe. Pochodnie oświetlające swym wątłym światłem korytarze sprawiały, że wszystko zdawało się mieć oczy.

Kamil niespokojnie oglądał się raz po raz, jakby w obawie że zaraz coś go zaatakuje.

W końcu Marietta zatrzymała się. Jednak nie to tak zaskoczyła Wendy. Skołowana dziewczyna przyglądała się solidnej ścianie naprzeciwko. Nigdzie nie było żadnych drzwi. Żadnych okien. Po prostu solidna kamienna ściana, oświetlona wątłym płomieniem pochodni. Przez myśl dziewczyny przeszło, że dzisiejszą noc spędzą na korytarzu. Na samą myśl o ostatnim zbłądzeniu i spotkaniu Tarangoga przeszły ją ciarki. Jej wątpliwości rozwiała jednak babka. Chwyciła za pochodnię i pociągnęła ją do dołu. Jakby zza ściany dobiegł ich szczęk zamka. Po chwili kamienna ściana zatrzęsła się i rozstąpiła, ukazując ciemne wejście.

- Nie wejdę tam – od razu zaprotestował chłopak odsuwając się nieznacznie.

- Taki dużo chłopiec, a boi się ciemności – szepnęła piętnastolatka tak by babka nie usłyszała.

- Nie masz wyjścia. To was nauczy pokory i szacunku względem mnie i siebie. Przynosicie naszej rodzinie wstyd i hańbę swoim zachowaniem. Nie mam zamiaru dłużej znosić waszego zachowania – kobieta sztyletując wzrokiem wnuka wskazała na przejście. Chłopak nie widząc innego wyjścia zacisnął dłonie w pięści i ostrożnie ruszył przed siebie. Za nim weszła Wendy i babka. Gdy tylko przeszli próg ich oczom ukazały się kręte, strome schody – Na szczycie znajduje się wasza komnata. Klucz wisi przy wejściu. Tam spędzicie resztę dzisiejszego dnia i noc. I radzę nie kombinować i zająć wyznaczoną komnatę. W nocy bywa tu niebezpiecznie. Kto wie co się tu kryje – ostatnie dwa zdania wyszeptała. Ostatni raz spojrzała na wnuków i wyszła. Gdy tylko przekroczyła próg kamienne przejście zatrzasnęło się za nią, uniemożliwiając ucieczkę.

- No to pięknie – skwitowała dziewczyna dotykając miejsca gdzie jeszcze przed chwilą było wejście.

- Wszystko przez ciebie!! – niespodziewanie krzyknął Kamil podchodząc do piętnastolatki – Gdyby nie ty nie byłoby mnie tu teraz! Nie musiałbym tolerować twojego towarzystwa! Nie siedziałbym zamknięty w jakiejś przeklętej wieży!! Bez prądu, bez ogrzewania!! To wszystko twoja wina, wiedźmo!!

- Nie pozwalaj sobie! To nie ja zaczęłam! – odsunęła się od niego.

- Jasne! Ty zawsze jesteś bez winy. Panna doskonała nigdy nie jest niczemu winna! – warknął.

- Zamknij mordę! Gdybyś dziś nie wylał wody na schody, to by do niczego nie doszło! Ale nie! Chłopiec nie umiał się opanować!

- Nie było reagować, deklu!

- Sam jesteś dekiel! A do tego idiota! Zresztą odwal się ode mnie. Idę na górę! Nie chce oglądać twojej koślawej mordy! – warknęła.

- A co jeśli ci powiem, że nigdzie nie idziesz? – uśmiechnął się mściwie, podchodząc do niej.

Chciała się cofnąć, jednak napotkała zimną ścianę.

- Nie masz tu nic do gadania! A teraz spadaj!! – zaakcentowała ostatnie słowo. Chciała się odwrócić i odejść, jednak chłopak złapał jej ręce i przyparł do ściany.

- I co teraz zrobisz? Wezwiesz swojego ptaka? A może zabijesz mnie spojrzeniem? – zakpił.

- Odwal się. Dla własnego bezpieczeństwa radzę ci mnie puścić – szepnęła.

- Już się boję. A co ty mi możesz zrobić?

- Na przykład to! – ostatnie słowo krzyknęła, kopiąc z całej siły chłopaka między nogi. Biedny aż się zgiął. To musiało boleć.

- Pożałujesz tego – zapiszczał.

- Nie dotykaj mnie, a będzie dobrze. Nie odzywaj się do mnie, a będzie super! – wysyczała przez zaciśnięte zęby. Odwróciła się na pięcie i zaczęła wspinać po stromych stopniach.

- Gdzie idziesz?! – Kamil podpierając się ściany wstał chwiejnie i próbował utrzymać się w pionie. Marszcząc brwi spojrzał niepewnie na siostrę.

- Nie widać? Na górę, matole. Nie zamierzam spędzić tu reszty dnia. Może nie zauważyłeś, ale tu jest ciemno i zimno. Jeśli zamierzasz tu zostać to powodzenia – odpowiedziała opryskliwie.

- A żebyś wiedziała, że zostanę!! – usłyszała za sobą.

Uśmiechnęła się pod nosem. Wiedziała, że długo nie wytrzyma. Złamie się i podąży jej śladami. Zbyt dobrze go znała. Wiedziała jaki z niego tchórz. Nie powstrzymywana już przez nikogo kontynuowała swoją wędrówkę. Ponieważ stopnie były wyjątkowo strome i wąskie, ostrożnie stawiała każdy krok w obawie, że się potknie i spadnie. Dłonią podpierała się kamiennej ściany. Schody ginęły w półmroku. W prawdzie na ścianach umieszczone było pochodnie, jednak ich nikły ogień nie dawał dużo światła. Dziewczyna niczym ślepiec brnęła przed siebie. Nie wiedziała ile już tak szła. Kilkanaście minut? Godzinę? Zmęczenie coraz bardziej ją ogarniało. Każdy kolejny krok sprawiał jej coraz więcej trudności. Kręte schody zdawały się nie mieć końca. Powili zaczęła się zastanawiać co na celu miała babka zamykając ich w tej wieży, bo chyba sama nie wierzyła, że się pogodzą i już jako kochające się rodzeństwo wyjdą z tego więzienia. W głowie brzmiały jej trzy ostatnie zdania wypowiedziane przez kobietę – „ Radzę nie kombinować i zająć wyznaczoną komnatę. W nocy bywa tu niebezpiecznie. Kto wie co się tu kryje”. Czyżby to była tylko podpucha? Czyżby te słowa miały na celu jedynie zastraszenie ich? Wendy zganiała się w myślach za swoją głupotę. Mogła zostać na dole i słuchać głupiego gadania Kamila. Jednak nie, ona musiała wejść na te przeklęte schody i teraz się męczyć.

Westchnęła z bezradności po czym postawiła stopę na kolejnym stopniu. Tu jednak stało się coś czego nie przewidywała. Coś zgrzytnęło, a stopień pod jej ciężarem zapadł się. Zdezorientowana straciła równowagę i gdyby w ostatniej chwili nie chwyciła się uchwytu podtrzymującego pochodnie, runęłaby w dół. Nerwowo oddychając spojrzała na zdradliwy stopień i ku zdziwieniu stwierdziła, że stopień był na swoim miejscu. Nie było żadnego zapadnięcia czy też dziury. Nie było nawet śladu świadczącego o jego niestabilności.

- Przeklęty zamek – szepnęła nadal zdenerwowana dziewczyna.

Coraz mniej podobał jej się ten zamek. Lubiła tajemnice, mroczne klimaty, jednak to już było przegięcie. Ledwo uszła z życiem przez bliskim spotkaniem z pająkiem gigantem. A teraz o mało nie pożegnała się z życiem przez jakiś głupi zapadający się schodek, po którym teraz nie ma śladu. To powoli zaczynało się robić niebezpieczne.

Nie zwlekając już dłużej ruszyła w dalszą drogę. Chciała się znaleźć jak najdalej od tego miejsca. Wciąż cała drżała na samą myśl o tym co mogło się stać, gdyby nie jej refleks. Oczami wyobraźni zobaczyła swoje martwe ciał wygięte w nienaturalnej pozycji u podnóża schodów. Głośno przełknęła ślinę. Nie chciała tak skończyć. Uważała, że była za młoda na śmierć. Wlokła się po schodach jeszcze kilka chwil, tym razem uważniej stawiając kroki w obawie przed kolejnym zapadającym się schodkiem. Miała serdecznie dość dzisiejszego dnia. I gdy stanęła na ostatnim stopniu była padnięta, ale szczęśliwa. Zadowolona z siebie osunęła się po ścianie na kolana i ciężko oddychając delektowała się tą chwilą. Nie poddała się. Doszła do celu. Była dumna z siebie. Normalny człowiek zwątpiłby w połowie drogi, ale nie ona. Nie Wendy McGardness. Ta dziewczyna nie dość, że była uparta, ale także dumna.

Piętnastolatka uniosła głowę. Dłonią odgarnęła włosy opadające jej na twarz. Siedziała na posadzce wykonanej z czarnego marmuru, który był tak wypolerowany że mogła ujrzeć w nim swoje odbicie. Nie zwróciła uwagi, na to że nie było tam ani drobinki kurzu. A warto było nad tym pomyśleć. Przed nią znajdowały się drzwi. Nie były to jednak zwykłe drewniane drzwi, jakie są w każdym domu. Te były całkowicie wykonane z metalu. Ich powierzchnia nie była jednolita. Dolna część wydawała się być nieco odkształcona. Widniały na niej niewielkie wgniecenia. Blondynka kucnęła i przejechała dłonią po nierówności. Zmarszczyła brwi. Z pewnością nie było to działanie czasu. Coś musiało to zrobić. Pozostawało tylko pytanie co? Co mogło być zdolne do zdeformowania tak solidnego metalu z jakiego wykonane były drzwi.

Dziewczyna wstała i rozejrzała się. Babka wspominała coś o kluczu wiszącym przy wejściu. Sęk w tym, że klucza nie było. A przynajmniej takie miała wrażenie. Nigdzie nie mogła też dostrzec dziurki od klucza.

- To jakaś paranoja – jęknęła. Jednak nie poddawała się. Wrodzony upór nie zezwalał jej na to. Była zbyt uparta by zrezygnować. Zmarszczyła brwi, zagryzła wargę po czym cal po calu zaczęła badać drzwi. W oko wpadła jej poluzowana, lekko zardzewiała śruba. Dotknęła ją, a czując jej drganie, zaczęła ją wykręcać. Po chwili metal spadł z brzdękiem na ziemię, odsłaniając dziurkę od klucza.

Blondynka klepnęła się otwartą dłonią w czoło, widząc swoje odkrycie.

- Jeśli tak ukryta była ta przeklęta dziurka od klucza to ciekawe gdzie jest klucz – bąknęła pod nosem.

„Klucz wisi przy wejściu” – przypomniała sobie słowa babki. Rozejrzała się. Cierpliwie badała całą ścianę, jednak i cierpliwość się kiedyś kończy. Uniosła oczy do nieba.

- Przecież tu nic nie ma! – warknęła – Klucz wisi przy wejściu – przedrzeźniała głos babki.

Zdenerwowana chwyciła za jedną z pochodni wiszących przy drzwiach i przystawiła ją gwałtownie do muru w nadziei, że przeoczyła coś. Nagle poczuła jak coś drasnęło ją w dłoń po czym z metalicznym brzdękiem upadło na marmurową posadzkę. Niebezpiecznie mrużąc oczy spojrzała na przedmiot który niespodziewanie wypadł z pochodni.

- Ten, kto projektował tą wieżę musiał być porąbany – warknęła, podnosząc klucz wykonany z ciemnego metalu.

Nic dziwnego, że młoda panna McGardness nie zauważyła klucza, który cały czas tkwił pod jej nosem. Klucz zgodnie ze wskazówką babki wisiał przy przejściu. Tylko kto by pomyślał, że będzie on wkomponowany w pochodnię tak, że był niemal niewidoczny. Gdyby nie poderwała tej pochodni prawdopodobnie nigdy by nie doszła gdzie on jest.

Dziewczyna drżącymi dłońmi wsadziła klucz do zamka i przekręciła go dwukrotnie. Złość która ją ogarnęła podczas poszukiwań minęła bezpowrotnie. Teraz kierowała nią tylko i wyłącznie ciekawość. Bardzo chciała cię już znaleźć po drugiej stronie drzwi i dowiedzieć się co się za nimi ukrywa. Gdy usłyszała szczęk zamka pchnęła masywne drzwi, te jednak ani drgnęły. Siłowała się z nimi lecz te przesunęły się zaledwie o kilka centymetrów tworząc wąską szparę. Zrezygnowana usiadła po turecku pod drzwiami i tępo wpatrywała się w jeden punkt. Rozmyślała o wszystkim i niczym. Siedząc tak nawet nie spostrzegła się kiedy wpadła w objęcia Morfeusza.

***

Ogarnęła ją niewyobrażalna jasność. Nie wiedziała gdzie się znajduje, ani co tu robi. Czuła błogie ciepło ogarniające jej ciało. Przymknęła powieki chroniąc oczy od oślepiającego światła. Zamrugała, jednak znów była zmuszona przymknąć powieki.

- Córko! – usłyszała dźwięczny, ciepły głos.

- M-mama? – zaskoczona otworzyła oczy.

Nie było już oślepiającego światła. Przed nią odziana w zwiewne szaty stała piękna kobieta, uśmiechając się do niej ciepło.

- Tak Wendy, mama – szepnęła czule zjawa gładząc córkę po policzku ciepłą dłonią.

- A-ale przecież ty..ty...- jąkała się zaskoczona.

- Ciii – przyłożyła palec do warg – Czy to teraz ważne. Pamiętaj jestem przy tobie i zawsze będę. Nigdy nie zostawię mojej małej córeczki.

Chciała by ta chwila trwała wiecznie. By już zawsze była przy niej. Z dala od przyziemnych spraw i problemów. Marzyła o tym całym sercem.

Kobieta jakby czytając w jej myślach powiedziała:

- Nie Wendy, nie możemy być razem. Jeszcze nie teraz. Na wszystko nadejdzie czas.

- Mamo... – szepnęła.

Miała tyle pytań tyle wątpliwości. Jednak coś nie pozwoliło jej dokończyć. Błogą atmosferę przerwał przerażający wrzask niosący się echem. Przestraszona rozejrzała się jednak niczego nie zauważyła.

- Córko! Uważaj na siebie! – głos kobiety dochodził jakby z oddali i z każdą chwilą stawał się coraz bardziej cichy. Obraz powoli zaczął się rozmazywać.

- Mamo – jęknęła płaczliwym głosem.

***

Wendy poderwała się z zimnej posadzki na którą musiała się osunąć podczas snu. Oddech miała szybki i płytki. Wciąż w głowie odbijały jej się słowa jej matki – „Uważaj...uważaj na siebie!” Czy to był tylko sen? A może matka ostrzegała ją przed czymś? Dziewczyna sama już nie wiedziała. Samotna łza spłynęła po jej aksamitnym policzku. Nie wiedział czy to z bezsilności czy też z radości. Pierwszy raz w życiu przyśniła jej się matka.

Przymknęła oczy by zapamiętać dokładnie rysy jej twarzy. Musiała przyznać, że zdjęcie nie oddawało je piękna. W rzeczywistości była sto razy piękniejsza. Blondynka gwałtownie otworzyła oczy. Znów usłyszała ten przeraźliwy krzyk. Jednak teraz także słyszała szybkie kroki, które z każdą chwilą stawały się coraz bardziej wyraźne. Zdenerwowana przylgnęła do drzwi i zaczęła je pchać, te jednak ani drgnęły. W akcie desperacji odbiegła najdalej jak mogła, by po chwili z rozpędem w nie uderzyć. Z głuchym łomotem wpadła na metalowe drzwi. Zabolało, jednak drzwi drgnęły i szczelina powiększyła się na tyle że dziewczyna mogła przez nią przejść. Nie zastanawiając się długo prześlizgnęła się do środka.

Panowała tu całkowita ciemność. Jedynym źródłem światła był księżyc którego światło wpadało przez okratowane okno. Jednak nie to było teraz dla piętnastolatki ważne. Przylgnęła do drzwi plecami i zapierając się nogami zaczęła je pchać. Ku jej zadowoleniu powoli szczelina stawała się coraz mniejsza. Już miała zatrzasnąć drzwi gdy coś z impetem je otworzyło. Siła odrzutu była tak duża, że zdezorientowana dziewczyna zatrzymała się na najbliższej ścianie. Jęknęła cicho, osuwając się na ziemię. To zdecydowanie nie było miłe.

Drzwi zamknęły się z hukiem. Dopiero po chwili blondynka zorientowała się, że nie jest w pomieszczeniu sama. O metalowe wrota, gdzie jeszcze przed chwilą stała opierała się wysoka postać ciężko przy tym dysząc. Przez chwilę nie wiedziała jak ma zareagować. Strach mieszał się z niepewnością.

- A kur** jego mać! – zaklęła szpetnie osoba, osuwając się na kolana.

Dziewczyna wytrzeszczyła oczy. Wstrzymała oddech, by po chwili wybuchnąć niekontrolowanym śmiechem. Chłopak aż podskoczył słysząc czyjś śmiech. Jednak gdy ochłonął nieco domyślił się z kim ma przyjemność dzielić komnatę.

- Czego cieszysz łypę? – warknął.

- O jaaa...jaa nie mogę...hahahahaa...jaa...hahahaha – śmiała się dziewczyna.

Nie rozumiała jak mogła być tak głupia i przestraszyć się Kamila. Ona wyobrażała sobie, że te ryki należały do najwymyślniejszych potworów, tymczasem to był tylko jej brat. No bo do kogo mógłby on należeć. Przecież nikogo oprócz nich nie ma w tej wieży.

- Zamknij się!

- Hahahahahahahaa...o mamo...hhaha – starała się opanować jednak to wcale nie było takie proste.

- Zamknij mordę, bo stanie ci się krzywda – krzyknął stając nad tarzającą się ze śmiechu siostrą.

Nagle Wendy ucichła. Nie chodziło tu o groźbę bruneta. Co to, to nie. Nigdy go nie słuchała. Przestraszonym wzrokiem spojrzała na metalowe drzwi. Trzeba było przyznać, że młodą McGardness’ównę było bardzo trudno przestraszyć, jednak teraz trzęsła się jak osika na wietrze. Oczy jej się zaszkliły. Serce waliło, jakby zaraz miało wyskoczyć jej z piersi.

Kamil spojrzał zdziwiony na siostrę. Jeszcze nigdy nie widział jej w takim stanie. Nigdy nie widział jej łez. Zawsze wredna i opryskliwa, teraz wyglądała tak bezbronnie.

- Ty...ty płaczesz? – szepnął.

 Ta w odpowiedzi wskazała tylko palcem przed siebie.

Kamil odwrócił się i oniemiał. Nogi odmówiły mu posłuszeństwa. Padł na kolana. Zaczął się cofać pod ścianę. Gdy jednak napotkał zimny kamień za plecami jęknął i skulił się jak mały przestraszony chłopiec.

Oboje przerażeni wpatrywali się w metalowe drzwi. Nie, nie same drzwi ich tak przestraszyły. One się trzęsły. Wręcz dygotały. Metal zgrzytał i wyginał się do środka. Słyszeli ciche syczenie i piski. Nie wiedzieli czego się mogą spodziewać. Jednego byli pewni, nie chcieli spotkać się z tym czymś twarzą w twarz.

Wendy skuliła się. Jeszcze nigdy w życiu tak się nie bała. Nawet podczas spotkania z Tarangogiem nie czuła się tak jak teraz. Wtedy miała ze sobą dziadka. Teraz ma ze sobą Kamila. Niestety tym razem jej rycerz, nie pomoże jej. Trzęsie gaciami bardziej niż ona. Prędzej rzuciłby ją na pożarcie tym stworom, by uratować własne życie. Była bezradna, a drzwi wyginały się coraz bardziej. Tak bardzo chciałaby mieć przy sobie teraz Agata i Arthana. Oni by ją zrozumieli. Poradzili, co ma teraz zrobić. Zaraz. Jeśli oni ją rozumieli, to może te stwory też by ją zrozumiały?

Gwałtownie podniosła głowę i szeroko otwartymi oczami wpatrywała się przed siebie. Widziała w tym pewną szansę. Uważała, że to może się udać.

- Wszystko ładnie pięknie, ale jak ja mam to zrobić? – szepnęła z goryczą.

Otarła rękawem łzy i starała się uspokoić. Kiedyś musiała opanować swój dar. Uznała, że musi spróbować. Raz jej się udało, drugi też powinno. Nic nie traciła. Mogła tylko zyskać. Przymknęła powieki i skupiła się na stworzeniach znajdujących się za drzwiami. Choć nie wiedziała jak wyglądają, starała się skupić wyłącznie na nich. Niespodziewanie poczuła silne ukucie w głowie. Cieszyła się, że siedziała na ziemi inaczej z pewnością by upadła.

- Szybciej!

- Złaź ze mnie!

- Czuję ich strach!

- Mięso!

- Jestem głodny!

- Szybciej mówię! Do świtu już niedaleko! - w głowie słyszała szepty.

Te same szepty, które słyszała za każdym razem gdy jej dar się uaktywniał. Była szczęśliwa, że jej się udało, jednak szepty były przerażające. Może jej się zdawało, ale miała nieodparte wrażenie, że te stworzenia chciały ich zjeść?

- Pospieszcie się!

- Moe ęby usz ie ytrzymuą!

- Cholerna zapora!

- Wiem, że jesteście głodni! Do roboty, a uczta was nie minie!

Wendy otwierała to zamykała usta, niczym ryba wyjęta z wody. One na serio chciały ich zjeść. O nie, nie pozwoli na to. Odzyskała zimną krew. Ku przerażeniu Kamila poderwała się z ziemi i podeszła do drżących drzwi. Kopnęła je z całej siły i krzyknęła.

- Odejdźcie!! – w tej chwili jej twarz wyrażała zaciętość i determinację. Była gotowa na wszystko. Nie wiedziała skąd ta nagła zmiana. Jednak liczył się fakt, że udało jej się zrozumieć te cosie za drzwiami.

- Słyszeliście...odezwał się...hehehe...

- Chłopaki, pełna mobilizacja...

- Posiłek na nas czeka!! – tym razem dziewczyna nie mogła przyznać, że to były szepty. Ich głosy były odrażające. Charczące lub świszczące. Aż bała się pomyśleć, jak wyglądali ich właściciele.

- Szlag by was trafił!! Nie będę niczyim posiłkiem, a tym bardziej waszym!! Spadać z tąd!! – krzyknęła wkurzona bezczelnością intruzów.

Chrobotanie ustało. Głosy ucichły. Drzwi przestały się trząść. Zaległa nieprzenikniona cisza.

- Te...ona nas rozumie? – dał się słyszeć zdziwiony ochrypły szept.

- A żebyś wiedział! – warknęła.

- Panowie odwrót!!

- Ale ja jestem głodny!!

- Odwrót powiedziałem! To jeden z nich! Jak chcecie, ale ja chce żyć!! – zacharczał - jak się domyśliła dziewczyna – przywódca.

- No dooobra! Znowu nici z żarcia

 Po chwili głosy zaczęły się oddalać! W końcu całkowicie ucichły. Wendy zaczęła skakać jak szalona po komnacie. Odpuściły. Odeszły sobie! A wszystko dzięki niej! Dzięki jej zdolnościom. Nagle poczuła jak coś się na nią rzuca i zgniata. Chociaż nie. Ktoś ją przytulał, tylko czemu tak mocno!

- Jesteś wariatką! Gadasz ze sobą! Ale to coś odeszło! Siostra uratowałaś nas! – krzyczał chłopak.

- K-Kamil. Gorzej ci? – jęknęła zaskoczona jego reakcją. Nigdy by nie spodziewała się po nim takiej wylewności.

- Jesteś powalona! Dziwadło z ciebie, ale...my żyjemy!!!! – darł się.

- Zejdź ze mnie – sapnęła, starając się wyrwać z uścisku bruneta. Chłopak znieruchomiał. Spojrzał z zainteresowaniem na siostrę, po czym jakby dopiero zdał sobie sprawę z tego co robi odskoczył od niej jak oparzony.

- Heh, ale to i tak nie zmieni stosunków między nami – powiedział strzepując niewidzialny pyłek z rękawa.

Wstał z podłogi i odszedł na drugi koniec pomieszczenia. Stanął tyłem do dziewczyny i wpatrywał się w ciemność za oknem. Sam był zaskoczony swoim zachowaniem. Jakby ktoś sterował jego ciałem. Nie wiedział jakim cudem dziewczyna pozbyła się tych stworów, jednak był jej wdzięczny. Do tej pory nim trzęsło, gdy przypomniał sobie ich wygląd. To nie były zwykłe zwierzątka. Ale Kamil jak to Kamil nie zamierzał jej dziękować i płaszczyć się przed nią. To zdarzenie nic nie zmieniło. A może?

Wendy ciężko podniosła się z posadzki. Przez chwilę wpatrywała się w plecy brata, jednak zaniechała tego uważając, że był w szoku i to było bezpośrednim skutkiem jego nienormalnego zachowania. Zmęczonym wzrokiem rozejrzała się. Dopiero teraz spostrzegła, że pomieszczenie na kolisty kształt i nie posiada żadnego wyposażenia, nie licząc jednego łóżka, które właśnie zajął Kamil.

- Widziałeś to stworzenia, prawda? – zapytała niespodziewanie.

Skąd wiedziała, że chłopak coś widział? A kto mógłby się tak drzeć, jak nie on. Poza tym coś naprawdę musiało go przerazić, żeby w takim tempie pokonał setki stopni.

- Widziałem i uwierz, że nie chciałabyś wiedzieć co to było – mruknął kładąc się na łóżku. Nie wiedział czemu, ale czuł się bezpieczny. Może to towarzystwo jego młodszej przybranej siostry tak na niego działała? A może po prostu uznał, że nie grozi mu w tej wieży już żadne niebezpieczeństwo? Tego nie wiedział. Ważne było że czuł wewnętrzny spokój. Był w stanie nawet tolerować dziś towarzystwo blondynki. Może była dziwaczką, jednak w pewnym sensie przegoniła te stwory. W głębi serca był jej za to wdzięczny, jednak skrywał to pod skorupą obojętności. Wiedział, że jutro wszystko powróci do normy. Znów rzucą się sobie do gardeł. W tej chwili nawet mu nie wadziła. Była normalną dziewczyną. Jednak nie mógł zmienić swojej postawy względem niej. Nie mógł stracić w oczach kolegów. Co to, to nie.

Wendy po raz kolejny raz tego dnia przeżyła szok. Kamil właśnie zwrócił się do niej pełnym, składnym zdaniem, nie upiększając go epitetami i wyzwiskami. Nawet jego ton wydał jej się spokojny i taki normalny. Nie wiedziała, co się dzieje z bratem, jednak nie chciała tego wiedzieć. Zbędne pytania mogły zepsuć tą sielankową atmosferę. A ona i tak miała już dość dzisiejszego dnia, o nocy już nie wspominając. Nie chciała kolejnej bezsensownej kłótni. Chciała jedynie zamknąć zmęczone oczy i zasnąć. Do szczęścia brakowało jej tylko łóżka, jednak z jego braku była zmuszona spać na zimnej posadzce.

Przekręciła się na bok. Założyła ręce za głowę i przymknęła oczy. Sen dopadł ją niemal od razu, jednak tej nocy nie śniła o niczym ani nikim. Spała snem sprawiedliwego.

Wyrocznia (16:10)

8 których uwierzyło, że magia istnieje


17 października 2006
31. Kara

BEZ KOMENTARZA, JEŚLI CHODZI O TREŚĆ NOTKI. OSTATNIO BRAK MI CZASU NA COKOLWIEK, A TERAZ DOŁĄCZYŁY SIĘ DO TEGO TRENINGI WIĘC Z NOTKAMI MOŻE BYĆ RÓŻNIE. MAM CO PRAWDA NA KOMPIE JUŻ Z 3, ALE CO BĘDZIE POTEM TO NIE WIEM.

Wendy ostrożnie uchyliła drzwi. Rozejrzała się. Hol był pusty. Ostrożnie weszła.

- Hmmm, ładne masz mieszkanie, pani – jastrząb siedzący na jej przedramieniu rozejrzał się wokoło.

- Nie mów do mnie per pani. A to nie mój dom. To zamczysko moich dziadków. Za kilka miesięcy wyjeżdżamy – szepnęła przemykając niezauważona między kolejnymi korytarzami.

- Szkoda, spodobało mi się tu – westchnął.

- Nie wiesz, jakie stworzenia kryją się w tych murach. I zapewniam cię, że nie chciałbyś stanąć z nimi oko w oko.

- Domyślam się, że miałaś okazję je spotkać. Jakie one są? – zaciekawił się.

- Niebezpieczne, nieprzewidywalne. Dobra koniec tematu. Jeszcze ktoś nas usłyszy – przyspieszyła kroku.

Pośpiesznie wbiegła po schodach prowadzących na drugie piętro.

- A właściwie to czemu tak ci zależy na pozostaniu niezauważonym? – zapytał przekręcając zabawnie łepek na bok.

- Sposobem, przekonałam ojca na posiadanie zwierzątka...

- Zwierzątka – prychnął ptak.

-...Tylko nie powiedziałam o jakiego typu zwierzątko mi chodziło – uśmiechnęła się do niego szeroko.

- No to ostro – zaśmiał się.

- Mówisz fajnym slangiem – spojrzała na niego podejrzanie.

- Chyba za długo siedziałem w zamknięciu – skomentował – Wiesz, ile bachorów przebijało się dziennie przez ten sklepik?

- Nie wiem, ale wnioskuje z tego, że niezbyt lubisz dzieci – uśmiechnęła się do niego ironicznie.

- A ty byś lubiła? „ Patrz jaki fajny”, „ ale ma krzywy dziób”, „ że coś takiego trzymają w zamknięciu”, „ mamusiu kup mi to coś ” – parodiował wypowiedzi – Szlag mnie trafiał.

Wendy starała się opanować śmiech. Lecz w chwili zamknięcia za sobą drzwi swojej komnaty ryknęła śmiechem. Już dawno z nikim nie mogła tak porozmawiać. W zasadzie jedynie Arthanowi i Agatowi mogła powiedzieć wszystko. Oni ją rozumieli. Do ludzi nie miała takiego zaufania. Zawsze mogli się od niej odwrócić.

Może do czwórki przyjaciół i Jeffreya, miała jako tako większe zaufanie. Jednak to nie zmieniało faktu, że będzie im wszystko mówić. Otwierać się przed nimi. Nie. Ludzie bywają zdradliwi. Poza tym oni, się od niej odwrócili. Wciąż w głowie słyszała ich słowa „Nie wiemy, czy możemy ci zaufać”, „Sądziliśmy, że jesteś inna, tymczasem przed chwilą pokazałaś nam jaka jesteś naprawdę”, „Chcieliśmy się z tobą zaprzyjaźnić, ale ty widocznie tego nie chcesz. Bez łaski”. Wprawdzie po wypadku martwili się o nią i przeprosili. A właściwie to Alex przeprosił ją w ich imieniu. „Przepraszamy, za to co powiedzieliśmy. Źle cię oceniliśmy. Wszyscy tu byli. Martwiliśmy się”. Lecz ona czuła się odrzucona. Mogli to powiedzieć, wyłącznie przez wyrzuty sumienia.

- Będą problemy! – usłyszała.

- Wendy! Co to jest! – słysząc głos ojca, aż podskoczyła. Jak mogła go nie zauważyć?

- Eee...cześć tato – uśmiechnęła się niewinnie.

- Co to jest i skąd to wzięłaś? - zagrzmiał.

- Tylko nie – to! Nie jestem rzeczą! – oburzył się Agat.

- To jastrząb. Ma na imię Agat. Kupiłam go. Dałeś mi pozwolenie na posiadanie zwierzątka – zasłoniła się pozwoleniem ojca.

- Ty to nazywasz zwierzątkiem?! Jeśli babcia się dowie, będziesz miała problemy! Masz go natychmiast oddać!

- Nie mogę. Zapłaciłam za niego i tego już nie mogę odkręcić – uznała, że małe kłamstewko, nie zaszkodzi.

- Jak wyobrażasz sobie, trzymanie dzikiego zwierzęcia w pokoju? – założył ręce na pierś i niebezpiecznie zmarszczył brwi.

- On nie jest dziki! – pogłaskała ptaka pieszczotliwie po łepku.

- Robię to ostatni raz – prychnął sam zainteresowany i zaczął się łazić do swej pani.

Henry uniósł jedną brew.

- Zadziwiające. Jednak to nie zmienia faktu, że on będzie się tu męczył. Takie zwierzęta wymagają otwartej przestrzeni. Jak wyobrażasz sobie...

- On nie lata. Ma chore skrzydło – odpowiedziała, przewidując co ma na myśli ojciec.

- Gdzie zamierzasz go trzymać? Przecież nie będzie chodził luzem po twoim pokoju – mężczyzna desperacko szukał sposobu na zagięcie córki. Musiał się pozbyć tego ptaka. Uważał, że będą z nim same problemy. Marietta będzie wściekła, gdy go zobaczy. Powrócą i tak ożywione już wspomnienia.

- Będzie miał swoją żerdź. Nie martw się o to. Nie rozumiem, czemu nie mogę go zatrzymać.

- Wendy, ja nie mam nic przeciwko...

- Czyżby? – spojrzała na niego spod byka.

- ...ale babcia, może się zdenerwować. Nie pytałaś jej o zgodę. A to w końcu jej zamczysko. Jesteśmy na jej łasce, mieszkając tu i musimy przestrzegać pewnych reguł.

- Przecież i tak babcia, tu nie przychodzi. Nie musi o tym wiedzieć – słusznie zauważyła.

Henry machnął ręką.

- A rób jak chcesz. Ja...

- Dzięki tato!! Jesteś kochany - blondynka z pewnością rzuciła się na ojca, gdyby nie ptak siedzący na jej przedramieniu.

- Ja przyszedłem cię poinformować, że o dwunastej zaczyna się twoja kara. Masz się stawić na holu – mina piętnastolatki zrzedła – Tu masz kolację – wskazał na srebrną tacę stojącą na stoliku przy łóżku – Wiem, że jest dopiero w pół do dwunastej, jednak gdy wrócisz będziesz, zapewne głodna. A jak już zapewne zdążyłaś się dowiedzieć, kary babci wcale nie są lekkie. Ja muszę już iść. Mam kilka spraw do załatwienia – już zamykał drzwi, gdy sobie coś przypomniał – Wyśpij się. Jutro całą rodziną jedziemy odwiedzić mojego starego przyjaciela – powiedział i wyszedł.

- Yes, yes, yes! Zostaje! – Agat radośnie zatrzepotał skrzydłami.

- Też się cieszę – mruknęła dziewczyna.

- Wiesz co? Nie widać – odpowiedział ironicznie.

- Sorry, ale nie chce mi się odrabiać tej kary, ciekawe co mi teraz wymyśli.

- A co przeskrobałaś?

- Zrobiłam sobie mały wypad na podwórek, gdy całe Darkvill zasypało – prychnęła. Nie rozumiała, jak za coś takiego można było dostać karę – Wygląda, że będę musiała cię tu zostawić samego.

- Nie ma sprawy. Pozwiedzam twój pokuj.

- No dobra. Tylko nie szalej mi tu. Lubię porządek – usiadła na łóżku i oparła głowę na łokciach – Muszę cię z kimś zapoznać – dodała po chwili.

- Musisz? – zeskoczył z jej przedramienia na miękkie łóżko. Nie utrzymał równowagi i runął jak długi rozkładając przy tym skrzydła. Końcowy efekt wyglądał dość ciekawie.

- Tak muszę – zaśmiała się. Widząc nieudane próby wstania, podniosła go i usadziła na poręczy łóżka. Musiała przyznać, że trochę ważył – Nie chcę, byś zżarł mi przyjaciela.

- Przyjaciela? – czyżby wyczuła w jego głosie zazdrość?

- No tak, przyjaciela. To dzięki niemu zrozumiałam, że mam dar rozumienia zwierząt. On jako pierwszy mi to uświadomił. Gdyby nie on, nadal bym myślała, że to tylko moja wyobraźnia. Nadal byś siedział w sklepie Allenów.

- Aha.

- Arthan? Jesteś tu? Arthan!! – krzyknęła.

- Nie ma go? – spytał z nadzieją w głosie. Prawdę mówiąc, nie chciał znać jakichkolwiek innych przyjaciół swojej pani. Chciał by zajmowała się tylko nim. Chciał mieć ją na wyłączność.

- Cześć. Wołałaś mnie? – zza szafy wyszedł czarny pająk – Aaaaaa...drapieżnik!! – krzyknął i schował się.

- Phi, twoim przyjacielem jest insekt? – prychnął z pogardą ptak, patrząc na pająka.

- Insekt? Wypraszam sobie! Kupa piór się odezwała!

- Kupa piór? Ty mały...

- Cicho!! – krzyknęła dziewczyna. Do końca miała nadzieję, że jednak jakoś siebie zaakceptują. Jednak po raz kolejny sprawdziło się przysłowie „nadzieja matką głupich” – Przestańcie! Od dziś będziecie mieszkać pod jednym dachem, więc wymagam od was posłuszeństwa! Macie przestać sobie docinać. A jeśli jednemu z was coś się stanie przez drugiego, nigdy się do was nie odezwę!

- Jasne, jakbym mógł, tknąć coś tak ohydnego?

- Ptaszku, nie pozwalaj sobie!

- Zamknijcie się! Arthan chodź tu! Agat podejdź! – zwierzęta posłusznie, acz niechętnie podeszły do siebie – A teraz podajcie sobie...eee...odnóże i szpon.

- Nie dotknę tego!

- Przecież, on mnie zabije na miejscu! – odezwali się jednocześnie.

- Zróbcie to dla mnie, proszę! Nie chce by moi przyjaciele, byli dla siebie wrogami – zrobiła smutną minę. Wiedziała, że ich na to weźmie.

- No dobra – jęknął jastrząb delikatnie, by nie uszkodzić pająka podał mu szpon – Agat.

- Arthan – mruknął niezadowolony, patrząc z ukosa na ptaka.

- I tak ma być! Teraz idę odrabiać karę. Kiedy wrócę, macie być cali i żywi – powiedziała i wyszła. Gdy tylko dziewczyna wyszła zwierzaki odskoczyły od siebie. Oboje spojrzeli na drzwi, następnie na siebie.

- Ona zawsze tka stanowcza? – zapytał Agat.

- Nie, dziś ją pierwszy raz widziałem taką.

- Aha.

- Tylko żeby jej tak nie zostało.

        Wendy wolnym krokiem przemierzała korytarz. Nie była zadowolona ze swoich przyjaciół. Kombinowała jak ich ze sobą pojednać. Jednak nic logicznego nie wpadło jej do głowy. Wręcz przeciwnie. Miała coraz bardziej niedorzeczne myśli. Doszła w końcu do wniosku, że jedyną korzyścią poza wysłuchiwaniem ich kłótni, będzie opanowanie daru. Nie miała nad nim żadnej kontroli. Jak zauważyła, działał jedynie w jedną stronę. Raz co prawda udało jej się skontaktować z Agatem, jednak większość rozmów była nawiązywana przez nie. Jeśli one chciały się z nią skontaktować dar się uaktywniał. Trzeba było to zmienić.

Weszła na hol i aż przystanęła.

Jeśli myślała, że dzisiejszego dnia, już nic jej nie zaskoczy to przeżyła szok. Przez chwilę gapiła się przed siebie niczym cielak w malowane wrota. „Spokojnie Wendy, spokojnie. Uspokój się, bo Kamilek znów straci nad sobą panowanie. Policz od jednego do dziesięciu. Raz...dwa...trzy...”

- Hahahahahaha - Nie wytrzymała. Zaczęła się śmiać.

- I czego cieszysz ryj? – warknął wyciskając szmatę.

- Nie, no z niczego – zlustrowała go od góry do dołu.

Chłopak stał oparty o mop i z żądzą mordu wpatrywał się w siostrę. Włosy miał potargane. Na spodniach i bluzie miał mokre plamy. Roześmiała się dźwięcznie. Ciekawe co lub kto go zmusił do odrobienia kary. Bo przypuszczała, że dobrowolnie tego nie robił.

- Uważaj bo się doigrasz! – krzyknął wstając.

- Uuu...znów mi grozisz? Ciekawe czemu się nie boję – odpowiedziała opryskliwie.

- A co? Myślisz, że twój wróbel obronny cię ochroni? - prychnął.

- Odwal się! Nie mam czasu na rozmowy do niczego nie prowadzące. Miłego sprzątania! – krzyknęła odwracając się.

- Zobaczymy jaka będzie twoja kara – krzyknął rzucając szmatę na marmur.

- O to się nie musisz martwić – usłyszał za sobą. Był tak pochłonięty konwersacją, że nie dostrzegł babki stojącej za nim. Wzdrygnął się i zmierzył ją nienawistnym spojrzeniem, jednak nic nie powiedział – Wracaj do roboty. A ty Wendy idź do schodku po wiadro i szmaty, masz umyć schody i poręcze na holu – powiedziała, odwróciła się na pięcie i odeszła.

Dziewczyna przez chwilę stała i tępa gapiła się w miejsce gdzie jeszcze przed chwilą stała Marietta. Słyszała wyraźnie co mówiła kobieta, jednak nie chciała tego pojąć. Jak mogła jej to zrobić. Przecież wie, jak się nienawidzą. „Nie chce sprzątać tych głupich schodów! Nie kiedy ten idiota tu jest!!!” – myślała gorączkowo.

Kątem oka spojrzała na chłopaka. Szczerzył się do niej. Satysfakcja była wyraźnie wymalowana na jego twarzy. Wiedział jak zdenerwować siostrę i miał zamiar to wykorzystać.

- Widać, przez najbliższe klika godzin będziesz skazana na wyłącznie moje towarzystwo – uśmiechnął się perfidnie.

- Z czego radość – jednego była pewna, on coś kombinował. Jego mina była dla niej najlepszym na to dowodem. Znała go zbyt dobrze.

- Zobaczysz – na samą myśl tego co się dzisiejszego dnia stanie poczuł dziką satysfakcję.

Dziewczyna prychnęła i udała się do schowka po potrzebny jej sprzęt, zostawiając chłopaka samego. Weszła w jeden z bocznych korytarzy. W oczy od razu rzuciły jej się niewielkie drewniane drzwiczki ozdobione metalowymi okuciami w kształcie pnączy. Delikatnie chwyciła misternie kutą klamkę w kształcie liścia winorośli i przekręciła ją. W tym momencie wydarzenia potoczyły się błyskawicznie. Drzwi ze zgrzytem ustąpiły, a następnie nastąpił jeden wielki huk. Wszystkie sprzęty znajdujące się w schowku runęły na niespodziewającą się niczego blondynkę. Kiedy wszystko co mogło wypaść z pomieszczenia już wypadło, Wendy zdjęła szmatę z twarzy i zaczęła się wygrzebywać.

- Kamil – warknęła wściekła wpychając wszystko na swoje miejsce, pozostawiając tylko potrzebne jej rzeczy – Kiedyś się doigrasz, palancie!

Nie widziała gestu tryumfu na twarzy brata po usłyszeniu huku. Jednak to nie było jej potrzebne do oceniania, kto był sprawcą tej jakże miłej niespodzianki. Bo była przekonana, że to nie był przypadek. Jak zawsze intuicja jej nie myliła.

Bocznym korytarzem dotarła do łazienki znajdującej się na piętrze. Nie śpiesząc się odkręciła kurek z zimną wodą i czekała, aż wiadro będzie pełne. Usiadła na krawędzi wanny i przeczesała dłonią włosy. W tym momencie się jej coś przypomniało. Uśmiechnęła się pod nosem wrednie. „O tak! Pora na rewanż!” – pomyślała.

Kiedy wiadro było już pełne, chwyciła miotłę i szmatę. Opuściła pomieszczenia trzaskając drzwiami. Stanęła na schodach i przyjrzała się im uważnie starając się ocenić ich liczebność. Nie było tak źle. Co to było zamieść i zmyć około osiemdziesięciu szerokich schodków dla niej.

Nie przewidziała jednak pewnych komplikacji.

Ustawiła wiadro na szczycie schodów i zabrała się za zamiatanie. Nie zwracała uwagi na kąśliwe uwagi chłopaka. Ignorowała go całkowicie. Nie chciała dać się sprowokować. Wiedziała do czego dąży. Swoją ignorancją doprowadzała go do szału. Dodatkowo zamiatając starała się robić to tak, by jak najbardziej kurzyć. Po około godzinie blondynka zamiotła ostatni schodek, pod którym widniała spora gromadka piasku. Oparła się na miotle, prostując plecy. Popatrzała na brata z wyrazem tryumfu na twarzy. Uśmiechnęła się wrednie widząc zrezygnowanego Kamila szorującego marmurowe posadzki. „Heh, jeszcze trochę a zaśnie” – przemknęło jej przez myśl. Jego tempo pracy nie należało do najszybszych, w prawdzie do najwolniejszych też nie, jednak wlókł się jak mucha w smole.

Wendy obróciła się na pięcie i zaczęła wchodzić po stopniach, gdzie czekało na nią wiadro z wodą i mop zachęcający do dalszej pracy.

Kamil tylko na to czekał. Podobnie jak Chuck Norris nie spał, czuwał. Gdy tylko siostra stanęła na ostatnim stopniu wstał. Chwycił wiadro i szatańskim uśmiechem staną przed schodami.

- Ups!! – krzyknął chcąc zwrócić na siebie uwagę. Gdy poczuł na sobie wzrok znienawidzonej osoby chwycił wiadro drugą ręką i całą jego zawartość chlusną na schody – Czyżby dach był dziurawy?

- Chyba twój mózg jest dziurawy! Debilu! – w pierwszej chwili patrząc na ciemną kałużę myślała, że ją szlag trafi. Opanowała się jednak szybko i postanowiła kontratakować.

- Owocnej pracy! – zaśmiał się.

W prawą rękę chwyciła wiadro, w lewą mop. Z zaciętością wymalowaną na twarzy zaczęła schodzić nie odrywając morderczego spojrzenia od brata. W jej postawie było tyle wyniosłości. Każdy jej krok brunet porównywał do czajenia się jakiegoś drapieżnego kota. Wyglądała jakby zaraz miała go zaatakować. Samo jej ogniste spojrzenie było tego najlepszym dowodem. Kamil przestał się śmiać i cofnął się kilka kroków do tyłu. Jeszcze jej takiej nie widział. Spokojnej, a zarazem przerażającej.

- Heh, n...nie boję się ciebie – krzyknął przystawiając przy ścianie.

- Ciekawe – jej głos wydał mu się inny niż zazwyczaj. Taki zimny i obojętny – Uciekaj póki jeszcze możesz.

Zeszła ze schodów. Postawiła wiadro na marmurowej posadzce. Kamil przez chwilę rozważał tą możliwość. Uważnie obserwował każdy jej ruch, jednak był tak przestraszony, że nie wyciągał z tego wniosków. Przyglądał się głupkowato siostrze. Nie zwracał kompletnie uwagi co robi. A gdyby zwrócił na to uwagę, mogłoby nie dojść tego co zajść miało.

Wendy wcześniej zamieciony piasek wsypała do wiadra, następnie bacznie obserwując chłopaka zamieszała końcówką mopa. Uśmiechnęła się podle do niego. Widziała jego strach. Swoim zachowaniem chciała uśpić jego czujność. Udało jej się. Podniosła wiadro i już swoim codziennym krokiem podeszła do Kamila.

- Ups!! – krzyknęła wylewając całą zawartość pojemnika na błyszczącą czystością posadzkę. Kamil jakby ocknął się z długiego snu. Ogarną nieprzytomnym wzrokiem pomieszczenie. Jego pracę szlag trafił. Przez pół holu ciągnęła się błotnista kałuża. Zacisnął dłonie w pięści i spojrzał na siostrę.

- No i ciekawe kto na tym lepiej wyszedł? – prychnęła dziewczyna – Ja i tak musiałabym jeszcze pozmywać, ale ty...

Chłopak drżąc ze wściekłości ostatni raz spojrzał na marmurową posadzkę.

- Pożałujesz tego – warknął, po czym dosłownie rzucił się na nią.

Przynajmniej takie było jego założenie. Blondynka zgrabnie odskoczyła w bok. Chłopak niespodziewający się takiego posunięcia ze strony siostry z hukiem wylądował na ziemi.

- Czego mam żałować? – zakpiła przyglądając się brunetowi.

- Zamknij mordę!! – warknął.

Byli tak zajęci sobą i dogadywaniem sobie, że nawet nie spostrzegli kiedy na holu pojawiła się babka. Marietta zmierzająca ma obiad aż przystanęła na szczycie schodów. Jej i tak zszargane nerwy puściły, gdy zobaczyła w jakim stanie był hol i schody. Był to prawdziwy obraz nędzy i rozpaczy. Co te dzieciaki sobie wyobrażały?

- ...zrujnuję ci życie w tej popapranej szkole!!

- Jesteś głupszy niż ustawa przewiduje, więc się zamknij!

- Zamknij mordę wiedźmo!

- W przeciwieństwie do ciebie ja mam twarz! – ignorancja jej osoby i kłótnia rodzeństwa przepełniła czarę goryczy.

- Co tu się dzieje?!! Co wy tu do jasnej cholery robicie!!!! Co wy sobie wyobrażacie?! Że gdzie jesteście? – krzyknęła. Gdyby spojrzenie mogło zabijać z pewnością rodzeństwo wąchałoby już kwiatki od spodu.

- Hehe...cześć babciu – zaśmiała się głupkowato Wendy, pokazując kobiecie szereg białych zębów. Była pewna, że krzyk babki słyszało co najmniej pół Darkvill. Kamil zacisnął zęby, włożył ręce do kieszeni i stanął bokiem do babki ignorując ją.

- O nie tak nie będzie! Nie dostaniecie obiadu! Posprzątacie! A po skończeniu stawicie się w moim gabinecie!! Owocnej pracy – dokończyła po czym z gracją zeszła ze schodów i zniknęła za drzwiami prowadzącymi do jadalni. Miała już tych dzieciaków serdecznie dość. Już ona wymyśli im coś oryginalnego.

- Widzisz co zrobiłeś! Znów dostaniemy jakąś karę! A wszystko przez ciebie! – warknęła zdenerwowana dziewczyna wskazując palcem w jego kierunku.

- Przeze mnie? Przeze mnie? Gdybyś się nie urodziła nie doszłoby do tego!

- Przepraszam, że żyję! – spojrzała na niego ostro. Odwróciła się na pięcie, chwyciła wiadro i poczłapała do łazienki po wodę.

Wyrocznia (16:57)
6 których uwierzyło, że magia istnieje

09 października 2006
30. Pogoń i wolność

DZIĘKI ZA KOMENTRZE. FAKT POZOSTAJE FAKTEM. NAUKA JEST WAŻNA. NA RAZIE JESZCZE JAKOŚ MI IDZIE. POSTARAM SIĘ NADAL PISAĆ. MUSZĘ NAPISAĆ KILKA NOT W PRZÓD BY JAK MI WENA UCIEKNIE NIE BYŁO PROBLEMÓW.

Zdyszana dziewczyna biegła przed siebie, co chwilę odwracając się i ślizgając na mokrym chodniku. Jej jasne rozpuszczone włosy tańczyły na wietrze. Błękitno-fioletowe oczy szukały bezpiecznego miejsca. Ludzie nieufnie przyglądali się tej parze. Bo trzeba było dodać, że nie była ona sama. Nie gnała jak szalona dla rozrywki. Gonił ją dobrze zbudowany brunet. Na jego twarzy gościł grymas wściekłości. Gips, który usztywniał jego prawą rękę jeszcze kilkanaście minut temu, teraz był w dwóch kawałkach. Pod nosem miał stróżkę zakrzepłej już krwi.

Dziewczynę powoli opuszczały już siły, biegła jednak na przód. Od chłopaka dzielił ją jeszcze spory kawałek. Nie chciała wiedzieć, co by jej zrobił, gdyby ją dostał w swoje ręce. W takim stanie nie widziała go jeszcze nigdy. Dziś bez wątpienia bił wszelkie rekordy.

Blondynka skręciła w kolejne skrzyżowanie. Od razu rzucił jej się w oczy sklep zoologiczny. Mając nadzieję, że chłopak nie zdąży jej zobaczyć, z rozmachem otworzyła drzwi i wbiegła do środka. Zdyszana oparła się o ścianę i starała uregulować oddech, jednak nie za bardzo jej to wychodziło.

Zaskoczona jej nagłym wtargnięciem sprzedawczyni spojrzała na nią przestraszona, jednak po chwili się opanowała i troskliwym głosem zapytała.

- Coś się stało? – wychyliła się zza lady by przyjrzeć się dziewczynie.

- N...nie. Chciałabym się dowiedzieć ile chciałaby pani za tego ptaka – wydyszała na poczekaniu.

Musiała coś wymyślić, by nie wyjść na durnia. Może i dobrze się złożyło, że tu wpadła. I tak zamierzała kupić Agarowi wolność. Teraz była tylko jedna nieścisłość. Ile ta wolność może kosztować? Idąc na śniadanie wrzuciła odruchowo do kieszeni portfel z jej wszystkimi oszczędnościami. Była ciekawa czy będzie ją stać.

- Aż tak ci się spieszyło? – kobieta uśmiechnęła się do swojej rozmówczyni. Spojrzała na nią z niemal matczyną troską widząc, że dziewczyna się zachwiała i skrzywiła – Wszystko w porządku?

- T...tak – sapnęła – To zdradzi mi pani cenę tego pięknego ptaka? – wskazała na klatkę na wystawie.

- Przykro mi, on nie jest na sprzedaż – poinformowała ją sprzedawczyni.

- Co? – krzyknęła zaskoczona.

- Co? – nie mniej zdziwiony był sam ptak. Dziewczyna spojrzała na niego ze smutkiem – Niewolnika ze mnie zrobili!!

- Mogłabym wiedzieć dlaczego? Przecież on się tu męczy.

- Doskonale wiem, jak się czują zwierzęta w niewoli, jednak nie mam innego wyjścia. Na wolność go nie mogę wypuścić, to logiczne. Jednak sprzedać też go nie mogę. Jest zbyt nieprzewidywalny. Ma trudny charakter. Wielokrotnie nam już go zwracano, postanowiliśmy więc go już nie sprzedawać.

- Ja trudny charakter? Też mi coś! Sama babo masz trudny charakter – dziewczyna uśmiechnęła się na te słowa.

- Umiem się nim zająć. Wiem co jest dla niego dobre. Proszę dać mi szansę. Bardzo mi na nim zależy – próbowała przekonać ją blondynka.

- Przeprasza, ale muszę nie zmienię zdania. Mamy z nim problemy. Jest agresywny podczas karmień. Przykro mi.

- Ja agresywny? Phi! Nie mają podejścia.

- Ale on mi nic nie zrobi, proszę pani. Mogę to udowodnić – jęknęła.

- Nie. Jedno dziecko mało się z okiem nie przegnało, przez tego diabła – wskazała palcem na jastrzębia.

Wendy ostro spojrzała na ptaka.

- Gdyby mnie nie ciągał za ogon to bym tak nie zareagował – tłumaczył się.

- Ale proszę pani... – była już nawet gotowa błagać, chociaż duma protestowała.

- Dziecko, jest tyle zwierząt. Dlaczego upatrzyłaś sobie akurat to. Może kupiłabyś jakieś inne. Byłabym skłonna udzielić ci rabatu, bo widzę jak ci zależy – pani Allen spojrzała porozumiewawczo na dziewczynę.

 Wendy miała już coś powiedzieć, gdy usłyszała znajomy głos z zaplecza.

- Mamo! Gdzie jest ta puszka? – wychylił się zza drzwi, jednak widząc znajomą twarz uśmiechnął się o szeroko i podszedł do dziewczyny się przywitać – O cześć! Nie spodziewałem się ciebie tutaj. Co cię do nas sprowadza?

- Cześć Jeffrey! Chciałam...

- Twoja znajoma chciała kupić jastrzębia – wtrąciła się zdezorientowana kobieta, patrząc pytająco na syna.

- Chciałaś? – popatrzał na nią zaskoczony.

- No tak, coś w tym dziwnego? – spytała.

- No wiesz, nie co dzień kupuje się dzikie zwierzęta. A już na pewno nie takie – wskazał na ptaka.

- Spodobał mi się po ostatnim spotkaniu – powiedziała, wyraźnie podkreślając dwa ostatnie słowa.

Chłopak dokładniej przyjrzał się dziewczynie. Widział, jak jej zależy. Widział to w jej oczach. Miały w sobie tyle dobroci. To przekonało go po części, by jej pomóc. Spojrzał na jastrzębia. Siedział na żerdzi i z zainteresowaniem im się przyglądał.

- Mamo myślę, że powinniśmy jednak w końcu pozbyć się Agata – mrugnął porozumiewawczo do dziewczyny.

- Nie wierze. I ty przeciwko mnie – zaśmiała się, ale odpowiedziała już zupełnie poważnie – Wiesz, że nie mogę tego zrobić, synu.

- Zapewnię cię, że jej nic on nie zrobi – odpowiedział podkreślając wyraźniej słowo „jej”.

- Jeffi, ja nie zmienię zdania.

- Mamoo! Ile razy mam ci powtarzać, że mam na imię Jeffrey, ewentualnie Jeff! Nie Jeffi! A zdanie zmienisz szybko jak ci coś pokażę – skinął na dziewczynę.

Pani Allen zmarszczyła brwi nie za bardzo pojmując, co syn miał na myśli. Podrapała się po głowie i spojrzała pytająco na syna. Kiedy nie uzyskała żadnej odpowiedzi spojrzała na dziewczynę. Aż pisnęła widząc ją koło klatki z ptakiem.

- Dziecko! Nie podchodź tam! – jednak było już za późno. Blondynka otworzyła klatkę – Nie otwieraj tej klatki! O nie!!

- Spokojnie mamo.

- Jak mam być spokojna, kiedy ta dziewucha otworzyła klatkę tego potwora! Nie chce wiedzieć co się zaraz stanie - krzyknęła na syna, zakrywając dłońmi twarz. Stała tak przez chwilę, jednak nie słysząc żadnych podejrzanych odgłosów nieśmiało opuściła dłonie i rozejrzała się.

Jeffi porozumiewawczo uśmiechał się do dziewczyny, na której ramieniu siedział jakby nigdy nic jastrząb. Zaraz! Na jej ramieniu siedział Agat! Wytrzeszczyła na nią oczy. Szczęka musiała zbierać z podłogi.

- Jest twój – szepnęła zaskoczona tym co zobaczyła. Jak długo mieli tego ptaka u siebie w sklepie, zawsze były z nim same problemy. A tu przychodzi dziewczyna niewiadomo skąd i go ujarzmia. Tego jeszcze nie widziała.

- Ile pani za niego chce? – sprzedawczyni zdawała się nie kontaktować. Gapiła się tępo w jastrzębia poruszając ustami niczym ryba wyjęta z wody.

- Mamo! – chłopak chrząknął znacząco, ale kiedy i to nie pomogło szturchnął rodzicielkę.

- A tak. Przepraszam. Eeee. Coś mówiliście? – podrapała się po głowie, wciąż nie mogąc oderwać wzroku od ptaka.

- Ile pani chce za Agata? – powtórzyła.

- Eee...przyjdź w poniedziałek. Muszę się naradzić z mężem – chłopak uniósł jedną brew i spojrzał dziwnie na matkę.

- Przepraszam, że pytam ale...ufa mi pani? Przecież pani mnie nie zna – zdziwiła się dziewczyna.

- Widać, że nie jesteś tutejsza. Darkvill to nieduże miasto. Wszyscy tu wszystkich znają i ufają sobie.

- Aha. To ja przyjdę w poniedziałek. Do widzenia - powiedziała i już chciała odejść, gdy usłyszała za sobą głos kobiety.

- Jak masz na imię dziecko?

- Wendy McGardness – powiedziała i wyszła.

Nie widziała przerażenie wymalowanego na twarzy pani Allen, lecz może to i lepiej. Nie nadszedł jeszcze czas na poznanie prawdy.

Jeffrey wybiegł ze sklepu zaraz za dziewczyną. Musiał przyznać, że jego matka dziwnie zareagowała na nazwisko blondynki. Poza tym chciał się na chwile wyrwać. Ile można siedzieć w sklepie. Żeby to było w czasie lekcji to co innego, ale w sobotę.

- Wendy, poczekaj! – krzyknął do oddalającej się dziewczyny.

- Jeffrey? Coś nie tak? – zdziwiła się.

- Nie, po prostu chciałem cię odprowadzić – powiedział, ale pod wpływem ironicznego spojrzenia koleżanki dodał – no dobra...chciałem się urwać. Nie chce mi się siedzieć w sklepie. No ile można?

- Wiedziałam – zaśmiała się.

- Mi się zdaje, czy on do ciebie startuje – wyraził swoje zdanie ptak. Dziewczyna zmierzyła go ostrym spojrzeniem – No co?

- Matka zagania mnie do sklepu przy każdej możliwej okazji. Eeech, szkoda słów – westchnął, wkładając dłonie do kieszeni.

- Ty przynajmniej masz jakieś zajęcie. A ja? Nud... – urwała.

Za sobą usłyszała czyjeś przyśpieszone kroki. Pewnie nie zwróciłaby na to uwagi, gdyby nie ciche sapanie. Odwróciła się, lecz nie zdążyła zareagować. Poczuła na sobie ciężar, runęła na ziemię. W ostatniej chwili jastrząb zeskoczył za ziemię, unikając zgniecenia.

- Mam cię – usłyszała znienawidzony szept – I co teraz zrobisz.

Jeffrey przez chwilę przyglądał się rodzeństwu. Toczył ze sobą wewnętrzną walkę. Nie wiedział co ma zrobić. Czy pomóc dziewczynie i ściągnąć na siebie gniew Kamila i jego kumpli czy też honorowo zwiać:).

- Wiesz, mam kilka opcji! – wysapała – A teraz ze mnie złaź, spaślaku. Nie mogę oddychać.

- Heh. Pomęcz się trochę dzieciaku. Nic mi nie zrobisz, a na pewno nie przy nim – prychnął wskazując na młodego Allena.

- Zdziwiłbyś się – jęknęła.

Sto kilo żywej wagi, to za dużo jak na niemal o po połowę mniejszą i o wiele chudszą dziewczynę.

Ptak przyjmujący do tej pory bierną pozycję, wkroczył do akcji. Wskoczył na chłopaka i zaczął go dziobać w plecy, jednocześnie machając swymi rozłożystymi skrzydłami. Stało się tak, jak przypuszczał.

Przestraszony chłopak poderwał się z krzykiem i zaczął się miotać jak szalony, chcąc pozbyć się napastnika. Osiągnąwszy zamierzony efekt, jastrząb zeskoczył na za ziemie i spojrzał na swoją panią. Gdy tylko Kamil z niej zlazł, łapczywie wzięła kilka głębokich oddechów.

- Wszystko w porządku? – zamrugała kilka razy by pozbyć się czarnych plam przed oczami i spojrzała na chłopaka przed nią stojącego.

- Tak. Sorry za sceny. Nie mogę się uwolnić od tego debila – westchnęła wstając.

- To ja przepraszam, powinienem ci pomóc – powiedział ze skruchą.

- Przestań. Jeszcze tego by brakowało by cię pobił – uśmiechnęła się do niego – Znam go i wiem na co go stać. Chociaż ostatnio mnie coraz bardziej zaskakuje – przed oczami stanęła jej scena z dzisiejszego śniadania.

- Teraz masz przynajmniej swojego małego obrońcę – wskazał na ptaka.

- Tylko nie małego! Wypraszam sobie – wypiął się dumnie, wchodząc na ramię piętnastolatki.

- Może i mały, ale skuteczny – pogładziła swojego nowego pupila po jego szlachetnym łepku.

- Dużo nie zdziała w potyczkach z Kamilem i jego durnowatymi gorylami – westchnęła i spuściła głowę. Poczuła na swoim ramieniu czyjąś dłoń.

- Nie martw się, pomożemy ci – młody Allen uśmiechnął się do niej pokrzepiająco.

- Dzięki, ale to nie wystarczy. A teraz musimy się rozstać. Muszę już iść. I mam przerąbane, przez tego imbecyla.

- Jesteś pewna, że dojdziesz sama? On może się nadal gdzieś tu kręcić.

- A na co ci on? Nawet gdyby ten debil, był gdzieś w pobliżu, nie pomógłby ci? Cienias z niego! Ja cię ochronie!

- Dzięki, mam Agata! – uśmiechnęła się słysząc komentarz ptaka.

Pożegnała się z Jeffreyem i ruszyła w drogę powrotną do zamku. Idąc tak rozmawiała z jastrzębiem. Doszła do wniosku, że jest on zarówno świetnym rozmówcą jak i doradcą. Wiedziała, że znajdzie w nim wiernego przyjaciela.

Wyrocznia (19:01)
9 których uwierzyło, że magia istnieje

02 października 2006
29. Akcja "śniadanie"

PATRZĘ, ŻE MALEJE ZAINTERESOWANIE TYM BLOGIEM. ZASTANAWIAM SIĘ CO ROBIĆ DALEJ.

Następnego dnia Wendy obudziła się stosunkowo wcześnie. Za oknem było jeszcze ciemno, mimo to czuła się wypoczęta. Zegarek wskazywał szóstą z minutami.

Dziewczyna wygrzebała się z pościeli i usiadła na parapecie. Spojrzała w okno, z zamiarem ujrzenia lśniącego śniegu. Tu jednak spotkał ją zawód. Po białym puchu nie było ani śladu. Za oknem panowała nieprzenikniona ciemność. Za mrugała kilka razy z myślą, że coś stało się z jej oczami. Jednak nie przyniosło to zamierzonego rezultatu. Śniegu jak nie ma, tak nie było. Zastanawiała się jak to możliwe by w jedną noc zniknęły takie ilości śniegu, jednak do niczego nie doszła. Nic racjonalnego nie przychodziło jej do głowy. W końcu z braku jakichkolwiek rozrywek i możliwości ponownego zaśnięcia postanowiła sięgnąć po książkę, którą dostała od dziadka. Z pewnością „Mistyczne stworzenia” były jej ulubioną i najbardziej wciągającą lekturą jaką posiadała w swojej biblioteczce.

Zwlekła się z parapetu i podeszła do regału. Stanęła naprzeciw i szukała swojej upatrzonej pozycji przejeżdżając palcem po kolejnych tomach. Zmarszczyła brwi.

Nie było jej.

Przeszukała jeszcze kilka razy regał. Była pewna, że ją ostatnio tam odstawiła. Tylko dlaczego jej tam nie ma? Przecież nie mogła tak po prostu zniknąć. Przeszukała cały pokój, jednak księgi nie znalazła. Zmartwiła się. Przecież takiej książki nie można ot tak po prostu zgubić. Co ona powie dla dziadka. Przecież to od niego ją dostała. Nie należała do niej. Była pewnie także bardzo wartościowa. Ze zdenerwowaniem tupnęła nogą. Jej twarz wyrażała zaciętość. Zmarszczyła niebezpiecznie brwi i rzuciła się na łóżko, które zaskrzypiało ostrzegawczo. Schowała głowę pod poduszkę i zaczęła intensywnie myśleć, gdzie mogła zapodziać się księga. Jednak jedyne co sobie przypomniała, to wczorajszy wykład od ojca i dziadka jaki otrzymała za swoją „wycieczkę”.

* * *

- ...Wendy ile razy mam ci powtarzać, żebyś nie opuszczała jeszcze zamku! Mogłaś zamarznąć! Mogłaś zemdleć! To się często zdarza po takich urazach! Mogłaś...

- Nie podałeś mi sposobu wyjścia z zamku, więc sama je znalazłam – uśmiechnęła się tryumfalnie.

- Ja w twoim wieku... – zaczął jednak nie dane mu było skończyć.

- Uciekałeś z kolegami...włóczyłeś się po... – zaczął wyliczać Alucard.

Widać było, że cała ta sytuacja go bawi. Chociaż w głębi duszy martwił się, że nie upilnował wnuczki.

- Tato! - Wendy roześmiała się perliście. Była pełna pozytywnej energii. Nic dziś nie mogło jej popsuć humoru. Nawet kolejna kara, jaką zarobiła od babki za swoją eskapadę.

- I kto tu był nieodpowiedzialny – zaśmiała się pod nosem. Alucard może był już stary, jednak nie można mu było zarzucić, że jest głuchy. Miał świetny słuch. Słysząc słowa dziewczyny zaczął chichotać. W efekcie po chwili dziadek i wnuczka śmiali się w najlepsze.

Henry pokiwał z dezaprobatą głową i sam uśmiechnął się szeroko przywołując beztroskie lata młodości. Dalsza tyrada nie miała już najmniejszego sensu, gdyż co zaczynał coś mówić przerywał mu śmiech córki. Widział jak jego mała dziewczynka jest szczęśliwa i postanowił darować jej tym razem. W sumie nic się nie stało. A dziewczyna, aż promieniowała radością i zarażała ją innych.

* * *

Wedny siedziała by z pewnością długo pogrążona we własnych myślach, gdyby nie dźwięk budzika. Spojrzała na jego tarczę. Była za dwadzieścia ósma. Wiedziała, że sporo czasu tak siedziała. Ale nie aż tyle. Zerwała się z łóżka. Migiem się ubrała i wykonała poranną toaletę.

W jadalni była – co się zdarzało naprawdę rzadko – punktualnie. Nie zmieniało to jednak tego, że i tak czekało ją dziś odrabianie kary, którą babka uznała za konieczność, po jej wczorajszym występku. Po śniadaniu, miała się szczegółowo dowiedzieć, co dokładnie ma robić.

W jadalni byli już wszyscy. Prawie wszyscy. Wciąż nie było Kamila. Wendy w duchu cieszyła się. Nienawidzili się do tego stopnia, że każde przewinienie jednego, sprawiało dziką satysfakcję drugiemu.

Jak to bywa w zamczysku McGardnessów nikt nie mógł tknąć pożywienia, bez obecności wszystkich członków rodziny. Jedna z żelaznych zasad Marietty. Więc wszyscy czekali aż chłopak w końcu się zjawi. Temu jednak bynajmniej się nie śpieszyło.

Wendy otępiałym wzrokiem rozejrzała się. Babka piekliła się, olewaniem jej zasad. Tego dziewczyna była pewna na sto procent. Zdradzały ją wściekłe spojrzenie i mocno rumiane policzki. Co chwila rytmicznie stukała palcami w stół, w nadziei, że to skróci jej oczekiwanie na znienawidzonego wnuka. Dziadek spokojnie siedział i wpatrywał się w jeden punkt. Na oko było widać, że jest zamyślony. „Ciekawe o czym teraz myśli?” – pomyślała blondynka. Oparła głowę na łokciu i spojrzała dalej. Ojciec w pozycji podobnej do jej, siedział i rozglądał się po obecnych. Piętnastolatka parsknęła. Teraz ojciec wyglądał jak ciekawy świata malec. Może nie chodziło tyle o wygląd zewnętrzny, co o zachowanie. Raz po raz obracał się i ciągle komuś przyglądał. Kiedy ich spojrzenia się spotkały, uśmiechnął się do niej i pokazał jej język. Dziewczyna wytrzeszczyła na niego oczy i ledwo powstrzymując napad śmiechu odwzajemniła uśmiech. Z każdą sekundą, kiedy mu się przyglądała coraz gorzej jej szło powstrzymywanie się od wybuchnięcia. Jeszcze chwila i nie wytrzymałaby. Z ojca swoje spojrzenie przeniosła na Milenę. Ta siedziała z miną skazańca, co jakiś czas zerkając z niechęcią w stronę teściowej. Wendy uśmiechnęła się pod nosem. Widać było, że za sobą nie przepadają.

- Zaczynajmy. Widocznie Kamil uznał, że nie jest godny dzielić w naszym towarzystwie posiłku – jakże interesujące zajęcie blondynki przerwał chłodny głos Marietty – Spotka go za to kara. A co do kar... – tu spojrzała wymownie na wnuczkę, jednak nie dane jej było dokończyć.

Do pomieszczenia wbiegł zdyszany brunet. Każdy włos sterczał mu w inną stronę. Ubranie miał potargane. Wendy dopatrzyła się także dwóch innych skarpetek. Chłopak nie zaszczycając nikogo swoim spojrzeniem, klapnął na swoje miejsce bez słowa. Dopiero po chwili, rozejrzał się otumaniony po obecnych.

- Dziś po obiedzie zarówno ty Wendy – gdyby spojrzenie mogło zabijać, nasza główna bohaterka zapewne wąchała by już kwiatki ze spodu – jak i Kamil macie się stawić na holu w celu odrobienia kary – powiedziała wyniośle.

Wendy przyjęła to spokojnie. Ciekawa była co tym razem wymyśli babka. Miała nadzieję, że nie będzie musiała po raz wtóry myć holu. To by ją zabiło. A z Kamilem to już w ogóle nie byłaby robota.

Chłopak jednak chyba czegoś nie zrozumiał. Powoli spojrzał na babkę. Zmarszczył brwi. Uderzył pięścią w stół.

- Jakiej kary? Z nią? Ja nic nie będę robił, a szczególnie z nią – tu wskazał z odrazą na siostrę.

- Ależ będziesz mój drogi – wysyczała wściekle pani domu.

- Nic nie zamierzam robić, bo nic nie zrobiłem – założył ręce na pierś i dumnie uniósł głowę, przez co Mariettę o mało szlag nie trafił.

- Będziesz robił co ci karze! – wstała z krzesła i wskazała na niego swoją chudą dłonią.

- Nie! – krzyknął Kamil dysząc. Uważał, że baba podająca się za jego babkę, stanowczo za dużo sobie pozwala, przecież on nigdy nie musiał pracować. Nigdy się nikogo nie słuchał. To oni słuchali się jego.

- Tak!! – podniosła głos.

- Nie!!! – wydarł się chłopak.

 Szkło niebezpiecznie zadrgało. Wendy nie wytrzymała. Zaczęła brechtać z brata. Wiedziała gdzie go boli. Znała jego słabość. Nie lubił być przez innych rozstawiany po kątach. To on przecież był panem i władcą.

- Zamknij mordę, debilko! – krzyknął. Jego twarz przybrała barwę dojrzałego buraka.

- Chciałbyś – powiedziała nadal się śmiejąc.

Poprawiła sobie grzywkę, opadającą na oczy. W ostatniej chwili się schyliła. Kamil wściekły do granic możliwości rzucił w nią solniczką. Ta zaledwie o kilka centymetrów ominęła jej głowę.

- Kamil! Przestań – Henry postanowił zareagować.

- Porąbało cię! – krzyknęła.

Uśmiech zniknął momentalnie z jej twarzy. Teraz groźnie zmarszczyła brwi.

- Jeszcze jedno słowo, a będziesz biedna – warknął wstając. Od siebie dzieliła ich zaledwie długość stołu.

- Wal się – warknęła na tyle cicho by tylko on ją usłyszał.

 I tu popełniła błąd. Chłopak cały się trząsł. Oddech miał przyśpieszony. Zacisnął zęby, chwycił najbliższą rzecz jaką miał pod ręką i cisną ją w dziewczynę. Blondynka nie zdążyłaby się schylić. Zasłaniając się rękoma odepchnęła się od stołu. Krzesło przechyliło się i z głuchym łomotem wylądowało na ziemi. Chwilę później talerz z trzaskiem rozbił się na najbliższej ścianie.

- Kamilu McGardness!! – zagrzmiała kobieta – Natychmiast przestań!

- Rozkazuj sobie, nie mi – warknął do niej. Po chwili znów wrócił do dziewczyny – Siostra łap – krzyknął rzucając w jej kierunku szklankę.

- Kamil!! – Henry z impetem poderwał się z siedzenie, które wylądowało na ziemi. Chwycił chłopaka za rękę, jednak za późno. Szklane naczynie wyleciało z jego rąk.

Wendy nieco otumaniona po upadku, zamrugała. W jej stronę nieubłaganie zbliżał się szklany przedmiot. Zrobiła przestraszoną minę, jednak nie spanikowała. W chwili gdy szklanka była zaledwie kilkanaście centymetrów od jej twarzy, wyciągnęła przed siebie rękę i zręcznie ją złapała.

Alucard odetchnął z ulgą, gdy piętnastolatka wstała z posadzki.

- I co? Arsenał się skończył – pomachała do niego szklanką i spojrzała na niego tryumfująco.

- Phi, chciałabyś! – wielkim błędem dziewczyny było to, że zwróciła na siebie uwagę chłopaka. Teraz całą swoją złość jaką pałał do babki, przelewał na nią.

- Natychmiast się uspokój! – Henry z Alucardem przytrzymali chłopaka, ten jednak szybko się wyrwał i nim się zdążyli obejrzeć przeskoczył przez stół. Milena siedziała nieco zszokowana, jednak nie zareagowała. Chciała by młoda wreszcie dostała nauczkę, którą popamięta do końca życia. Wendy nie miała innego wyjścia. Dała nogę.

- Nie uciekniesz mi! Nie dziś!

- Spadaj bałwanie! Już w ogóle ci na mózg padło. Ale babcia ci przysoli karę. Zaczynaj już się przygotowywać na to psychicznie.

- Heh, chciałaby. Nie będzie mi żadna baba rozkazywać co mam robić, a już na pewno nie ona – warknął starając się dogonić siostrę.

Blondynka zgrabnie przebiegła przez drzwi wyjściowe i zamknęła jej tuż przed nosem chłopaka, który nie zdążył wyhamować i wpadł na nie z głuchym łoskotem. Zza drzwi dobiegły ją przekleństwa pod jej adresem. Zaśmiała się pod nosem uznając, że to ostudzi zapały bruneta. Jednak jak się przekonała, nic bardziej mylnego.

takjestziom : :

Archiwum

Kalendarz

pn wt sr cz pt so nd
303112345
6789101112
13141516171819
20212223242526
27282930123

Ksiega gości

Księga gości

Kategorie postow

Brak kategorii

moi-alcia | akna | ja-bartek-i-ja | asdasf | zakochana-zapakana | Mailing